Pozdrowienia

Tomasz Wolf

ZAPOMNIENIE

Pisarz-poeta Antoni Bryg-Włoszczyński znalazł się w przedziwnym, tajemniczym miejscu.
Obudził się rano na wąskim łóżku. Przekręcił się z prawego boku na lewy, potem z lewego na prawy. Było mu niewygodnie. To chyba nie moje łóżko – pomyślał.
Przekręcił się na wznak. Spojrzał na sufit upstrzony plamami, śladami po zabitych komarach i muchach. Sufit nie przypominał sklepienia w jego własnym pokoju. Sufit też nie jest mój – zdziwił się.
Rozejrzał się wkoło. To nie moje mieszkanie – był prawie pewien. Jak nie moje, to gdzie ja jestem? – zastanowił się. Nic nie mógł sobie przypomnieć z minionego dnia. Zaraz, zaraz, wstałem rano i wyszedłem… chyba wyszedłem… musiałem – chyba – wyjść rano, skoro tu jestem… wyszedłem i poszedłem… poszedłem… No właśnie, gdzie poszedłem? – próbował ustalić. Nie pamiętał. Ogarnął go niepokój.
Otworzyły się drzwi. Do pokoju wszedł wąsaty, nastroszony człowiek. Zmierzył Antoniego posępnym, badawczym spojrzeniem.
- Odwszenie, odpchlenie… kąpiel, świeża bielizna…potem obiad. Lekarz będzie jutro… ma polowanie, czy coś…
Antoni Bryg-Włoszczyński zamrugał powiekami.
- Jak się pan nazywa?
Antoni złożył usta do odpowiedzi. – Anton… – nie zdążył dokończyć prezentacji.
- Gdzie pan jest?
Antoni nie zdążył się nawet zastanowić.
- Nie wie pan – zawyrokował posępny wąsal. – Niedobrze. A tak w ogóle to dziwne imię ten Anton… chyba ruskie…
Antoni znów nie zdążył wyjaśnić, bo wąsal skierował się do drzwi, które zamknęły się za nim z głuchym trzaskiem. Zaległa cisza i Antoni pozostał sam ze swoimi pytaniami bez odpowiedzi. Myśli kłębiły mu się w głowie i nawet nie spostrzegł, kiedy zapadł w głęboki sen. Śniły mu się przedziwne sytuacje. Przebywał w jakichś nieznanych mu miejscach i okolicznościach, to szedł, to znów podbiegał, w koło pojawiali się i znikali jacyś ludzie wyłaniający się niespodziewanie z mrocznych zaułków ulic, które przemierzał. W pewnym momencie wydało mu się, że ktoś za nim idzie, przyspieszył kroku i tupot stóp za jego plecami też stał się szybszy. Zaczął biec i za sobą usłyszał szybki, miarowy tętent, biegł i nagle wyrósł przed nim do połowy skruszały mur, starej fabryki?, magazynu?… Obawiał się zatrzymać i odwrócić, jedynym wyjściem było pokonać niespodziewaną przeszkodę jednym wielkim susem. Zatrzepotał rękami, odbił się i wykonał potężny podskok, dryfując w powietrzu niczym nielot zmuszony koniecznością i strachem do wzlotu, w zwykłej sytuacji ponad siły. Po drugiej stronie Antoni upadł i stracił przytomność. Ocknął się w pokoju na wąskim, niewygodnym łóżku. Nie wiedział co było rzeczywistością, którą naprawdę przeżył: zdarzenia z poprzedniego dnia, które potem mu się przyśniły, czy sytuacja, która nagle mu się przypomniała – wizyta wąsala i dziwna rozmowa, a właściwie monolog nieznajomego. Może to także był kadr ze snu, tylko z innej jego części. Spojrzał na sufit – upstrzony plamami, śladami po zabitych komarach i muchach. Sufit niezbicie świadczył o realności zdarzeń, które odbyły się z udziałem wąsatego, nastroszonego człowieka.
Przypomniał sobie dokładnie całą sytuację z monologiem nieznajomego o odwszeniu, odpchleniu, kąpieli, obiedzie, polowaniu… Nic z tego nie rozumiał. Podźwignął się z trudem z łóżka i niepewnie stanął na odrętwiałych nogach. Twardy materac nie pozwolił mu się wygodnie wyciągnąć i widocznie z nienaturalne powykręcanych kończyn odpłynęła mu krew. Poczuł ból w lewym boku, jakby stłuczenie tuż poniżej biodra. Zbił sobie udo upadając – po płynnym, na poły locie, na poły susie – za murem?… Skierował się w stronę wyjścia utykając.
Zatrzymał się przy drzwiach. W pewnym momencie na zewnątrz rozległ się donośny głos: – Kolassaa!!! Kola…ssaa? – zdziwił się Antoni. – Co to znaczy kolassaa? Zaczął doszukiwać się w pamięci etymologii słowa kolassaa. Kolasa… albo kolaska… Kolaska to gospodarski wóz transportowy, o drewnianych osiach, bez resorów, znany powszechnie na Rusi i Kresach od XVI do XIX wieku. Nie, to nie wyglądało mu na kolasę, mamy przecież wiek XXI. Szukał w pamięci dalej. Przypomniało mu się nagle słowo kolata. Kolata… kolata… Kolata – tradycyjny taniec ludowy stanu Karnataka w południowych Indiach – wyszukał definicji w swoim analitycznym umyśle. Czas zbadać, o co naprawdę chodzi. Uchylił drzwi i wyjrzał na korytarz. Dwudziesto-, może trzydziestoosobowy tłum przemieszczał się jednostajnym tempem prawdopodobnie w kierunku wyjścia.
Antoni doskoczył do mijającego go osobnika, próbując zsynchronizować się z nim rytmem swojego marszu. Okazało się to niełatwym zadaniem, pomimo że człowieczek był niewielkiego wzrostu, wręcz mikrym, sięgającym mu ledwie pod pachę, chociaż Antoni nie należał do najwyższych wzrostem. Człowieczek przemieszczał się niezwykle szybko posuwistym krokiem, ale nie tak, jak wszyscy, którzy wysuwają ręce i nogi naprzemiennie: prawa-lewa, prawa-lewa, lecz maszerował przestawnym trybem: lewa noga – lewa ręka, prawa noga – prawa ręka. Był to swoisty rytm, ale niezwykle efektywny, bo Antoni nie mógł za nim nadążyć. Zawołał więc z tyłu:
- Dokąd zmierzamy?
Człowieczek staksował go pytającym spojrzeniem.
- Gdzie idziemy? – ponowił pytanie Antoni i mały człowieczek chyba zrozumiał.
- Idziem na kolację – zakrzyknął i przyspieszył kroku. Antoni całkiem został w tyle.
W istocie, człowieczek mówił chyba prawdę, bo przed Antonim, jak spod ziemi, wyrósł krótko ostrzyżony mężczyzna.
- To ty jesteś ten nowy – ni to stwierdził, ni spytał. – Kolasja dla ciebie przygotowana – zakomunikował.
Antoni wszystko zrozumiał. To właśnie ów człowiek wołał przed chwilą w pustym jeszcze korytarzu i nie chodziło o żadną kolasę ani kolatę, tylko o ostatni posiłek wieczorny – kolację, która niewyraźnie zabrzmiała w jego ustach z powodu ubytków w przednim uzębieniu. Dopiero teraz zastanowił się: to już kolacja, więc przespałem odwszenie, odpchlenie, kąpiel i obiad…
Do sali, która wyglądała na jadalnię, wszedł jako ostatni. Trzydziestoosobowy tłum rozproszył się po swoich miejscach przy stole ustawionym w podkowę. Ujrzał wolne krzesło i usiadł przy talerzyku, na którym leżały masło, ser i jajko. Obok pieczywo ułożone było w wiklinowym koszyku w stosiki.
- Wczorej wyszłem ze szpitala – zwrócił się do niego siedzący obok człowieczek, za którym na korytarzu początkowo dreptał Antoni. Chciał go poprawić: „wyszedłem”, lecz nie zdołał dojść do głosu. – Ale uni wcale mnie tam nie leczyły – człowieczek dalej niezmordowanie kaleczył polszczyznę.
- A ty jakeś tu trafił – spytał niespodziewanie. To pytanie całkowicie zaskoczyło Antoniego. Odpowiedział zgodnie z prawdą:
- Śniło mi się, że byłem w przedziwnym miejscu…
- O Jezu – zaniepokoił się człowieczek – to tu można trafić od snów?
Antoni wzruszył ramionami.
- Szedłem, trochę biegłem… ktoś zaczął za mną iść – relacjonował – zacząłem uciekać i nagle, jak spod ziemi, wyrósł przede mną mur. Musiałem go przeskoczyć…
Człowieczek z niedowierzaniem kręcił głową. – I co? – zapytał.
- Przeskoczyłem chyba mur, upadłem i… dalej już nic nie pamiętam.
- Dobrze, że mi się śnią tylko kucyki – pokiwał człowieczek i zaczął łapczywie konsumować jajko.
- Wyszedłeś ze szpitala? – Antoni próbował podtrzymać rozmowę, ale człowieczek, całkowicie pochłonięty jedzeniem, nie zwracał na niego uwagi.
Antoni też zaczął jeść, rozglądając się wokoło z zainteresowaniem. Gawiedź spożywała posiłek w milczeniu, ale w miarę jedzenia rozwijała się ogólna konwersacja, z której Antoni wyławiał poszczególne zdania. W grupce obok rozmowa dwóch mężczyzn zupełnie się nie kleiła.
- …ona była zakonnicą…
- …to był mecz!…
- …ale wcześniej…
- …było ze sto tysięcy osób…
- …była chuda jak patyk…
- …był taki ścisk, że nie było gdzie usiąść…
- …ale miała ze sto dziewięćdziesiąt wzrostu…
- …strzelili gola i niepotrzebnie wstałem…
- …i ona wszystko wypiła…
- …musiałem stać do następnej bramki…
- …ale nic jej po tym nie było…
- …strzelili drugiego gola…
- …i z nas się śmiała…
…wszyscy wstali, a ja dopiero usiadłem…
Naprzeciw Antoniego rozgrywał się festiwal biesiadnych powiedzonek.
…ale się najemy…
…jak szczur w żelaznym sklepie…
…picie to nie życie…
…jedzenie to nie zbawienie…
Antoni rozglądał się wokoło i ze ze zdumieniem skonstatował, że w miejscu, w którym przebywał, znajdują się sami mężczyźni.

***

Wrócił z kolacji niezmiernie zmęczony. Położył się i natychmiast zapadł w jakiś dziwny letarg, bo wydawało mu się, że śnią mu się wspomnienia. Znalazł się w ciemnym zaułku sprawiającym wrażenie staromiejskiej, zabytkowej dzielnicy. Gdzie ja jestem – rozglądał się zdezorientowany. Wydawało mu się, że znów przebywa w jakimś nieznanym mu świecie. Zatrzymał się przy barwnej reklamie. Widniał na niej wizerunek szeroko uśmiechniętego psa. Od kiedy psy uśmiechają się szeroko? – pomyślał. Pies miał na szyi dużą, różową kokardę. Przeczytał napis – również różowego koloru: „INNOWACJA – SPA DLA PSA”.
Antoni szedł dalej. W pewnym momencie poczuł głód. Rozejrzał się za jakimś lokalem gastronomicznym. Dobrze się składa – ucieszył się. Po drugiej stronie ulicy duży szyld z napisem: „Kuchnia staropolska” zachęcał konsumentów reklamą parujących potraw. Antoni przekroczył próg gospody – bo tak ją nazwał w myślach – i wydało mu się, iż cofnął się w czasie. Wszystko tu było jak przed stu laty, a przynajmniej takie miało sprawiać wrażenie. Za stoły służyły potężne, drewniane ławy ociosane z pnia grubego drzewa, krzesła stolarz zbił z dawną precyzją rzemieślnika, światła wnętrzu użyczały stare lampy naftowe – co prawda w środku z żarówkami zasilanymi prądem elektrycznym, jako źródłem blasku zamiast nafty, ale autentycznie stare i stylowe.
Antoni usiadł i spojrzał na kartę dań. – Ale jadali ci nasi przodkowie – pomyślał zdziwiony. Zaczął czytać menu i potrawy były mu obce, podobnie jak całe otoczenie.
- „Gravadbiff w miodzie z kiszoną białą rzodkwią”, „Półgęsek z Topolna ze śliwką macerowaną w śliwowicy”, „Dwuletni kumpiak z pomarańczowym zabajone i kwaśną śmietaną” – odczytał półgłosem.
Pojawił się kelner, który z nabytym – zapewne w drodze długoletniej praktyki – wyczuciem czekał na moment, kiedy może przyjąć zamówienie. Antoni odłożył kartę dań i kelner spytał:
- Czego pan sobie winszuje? – Antoni przeszedł nad swoim zdziwieniem do porządku dziennego.
- A co pan poleci… na tu i teraz…? – ratował się pozą gastronomicznego niedoświadczenia we właściwym dobieraniu potraw.
- Może ptyś z musem z gęsiej wątróbki z ponalewkową mirabelką na przystawkę – Antoni odetchnął z ulgą, bo prawie wszystko zrozumiał, radość trwała jednak krótko, gdyż kelner kontynuował prezentację potraw z zupełnie nieznanej mu kuchni: – Zupa… – zastanawiał się – …Solianka rybna i na drugie danie: skorzonera w wanilii, burak w palonym maśle, topinambur w miodzie i marchew w cytrynie, a piernik z galaretką z suski sechlońskiej i szafranową śmietaną – na deser – wyrecytował jednym tchem.
Antoni niepewnie skinął głową i kelner odszedł realizować zamówienie. Po chwili ponownie zjawił się przy jego stoliku.
- Rokitnikowa wódka sour z kroplami z tataraku od firmy na dobry apetyt – postawił na stole kieliszek z nierównego, pofalowanego, jakby ręcznie robionego, szkła z brunatno-zielonym trunkiem.
Odszedł i Antoni przystawił kieliszek do ust i upił z niego odrobię. Dziwnie smakuje, ale dobre – przechylił kieliszek do dna, mimo że z natury był nie pijący. W gardle zapiekło go mocną wódką i ziołową goryczką. Zamknął oczy, zawirowało mu w głowie. Gdy uniósł powieki, ujrzał stół zastawiony potrawami, które zamówił…
Głuchy łoskot wyrwał go z sennego letargu. Leżał przez chwilę na wznak, z oczami wbitymi w sufit upstrzony plamami, śladami po zabitych komarach i muchach. W ustach miał jakiś dziwny, nieznany mu smak. Topinambura w miodzie? – zastanowił się. A tak na marginesie, ciekawe, ile ubyło mi z kiszeni? – pomyślał.
Nie miał zegarka, nie wiedział więc, jaka jest pora dnia. Usnął po kolacji i spał do rana, czy może pospał chwilę i jakiś dźwięk wyrwał go ze snu w środku nocy? Ponownie usłyszał głuchy łoskot. Poczłapał do drzwi. Przystawił do nich ucho i nasłuchiwał. Na zewnątrz panowała cisza. Wyszedł niepewnie na korytarz i w oddali zobaczył siedzącą w półmroku postać. Podszedł bliżej.
- Co się dzieje? – zapytał. Siedzący w ciemności mężczyzna milczał. Może nie zna polskiego? – zastanawiał się Antoni. – W jakim języku go zapytać? Szto słucziłos? – zdecydował się na pierwszy z dwóch obcych języków, jakie znał. Mężczyzna nie odpowiadał. – Was ist los? – spytał po niemiecku.
- Nareszcie jakiś normalna mowa – odezwał się nieznajomy. – Erika hat rosa Strumpfhosen – odpowiedział co prawda nie na pytanie, ale po niemiecku. Jakby z podręcznika do nauki języków obcych, bo w przetłumaczeniu stwierdził, że Erika ma różowe rajstopy. Ciekawe, gdzie są wszyscy? – pomyślał Antoni.
- Wo sind jeder? – zapytał, nie wiedzieć czemu, znów po niemiecku.
- Es ist warm, aber Regen – usłyszał odpowiedź, co oznaczało, że jest ciepło, ale pada deszcz.
Antoni ruszył w kierunku światła, które wydostawało się na korytarz z niedomkniętego pomieszczenia. Otworzył drzwi i wszedł do łazienki. Mężczyźni przy umywalkach w milczeniu golili się, prali bieliznę, szczotkowali elektrycznymi urządzeniami zęby. Jeden z nich wyjął sztuczną szczękę i szorował ją szczoteczką na prąd pod strumieniem światła lampy.
- Dzień dobry – przywitał się Antoni. Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy pochłonięci byli czynnościami, które wykonywali. Ktoś odkręcił prysznic i zaczął parskać pod strumieniem gorącej wody. Para buchała pod sufit.
- Fies zyje? – przemówił wreszcie jeden z mężczyzn, ze zwykłą szczoteczką do mycia zębów w ustach.
- A fen fylko se fyta, czy fies jesce zyje. Zyje i mówi, ze fylko zle se cuje i mu psejdzie. Jesce zasceka – odpowiedział drugi, także ze szczoteczką w ustach.
A potem stało się coś niesłychanego. Wszyscy, jak na komendę, zaczęli perorować, jeden przez drugiego. Do konwersacji przyłączył się mężczyzna z korytarza, który przyszedł do łazienki za Antonim:
- Jak wróciłem z Niemiec… przez pół roku tam pracowałem u bauera… trafiłem na ulicę… Raz pod hipermarket podjechał mercedes z niemiecką rejestracją… Podejdę, myślę sobie, może da ze dwadzieścia złotych. „Guten Tag” – mówię, a on patrzy na mnie zdziwiony. „Was machen Sie?” – „Co pan robi?” – pyta. „Ich habe keine Arbeit” – „Nie mam pracy” – odpowiadam. „Wo wohnen Sie?” – „Gdzie pan mieszka?” – pyta. „In die Strasse” – „Na ulicy” – odpowiadam. A on wyciąga 50 euro. „Bite” – mówi. Starczyło mi na miesiąc… A potem trafiłem tutaj. Ale wrócę do Niemiec. Tylko skończę się uczyć języka. Zostało mi jeszcze trzydzieści ćwiczeń z podręcznika. Do wiosny zdążę…
- Ja kiedyś stałem pod supersamem – wszedł mu w zdanie zasuszony staruszek. – Podjechał samochód, wysiada ksiądz. O kurtka – mówię. Odwracam się, a on łapie mnie za ramię. „Ja też piję” – mówi i daje mi dwudziestaka. Poczułem od niego alkohol. Od razu lżej mi się na sercu zrobiło…
Antoni wycofał się z łazienki, skręcił w boczny korytarz, poczuł powiew świeżego powietrza, które prowadziło go w kierunku wyjścia. Na zewnątrz, w małym ogródku, który – widać – pełnił funkcję palarni, mężczyźni głęboko zaciągali się papierosami. Mały człowieczek, który stał na uboczu, nie zaciągał się głęboko. Palił swoim, przestawionym trybem, z szybkością pracownika akordowego na taśmie produkcyjnej. Tutaj też panowało milczenie.
- Dzień dobry – wypowiedział Antoni i znów stało się coś, co uznał za niespotykane zjawisko. Stanowił jakieś jądro krystalizacji, uruchamiające łańcuch reakcji w postaci potoku słów u osób, które znajdowały się w pobliżu.
- W liceum miałem nauczyciela, który na pierwszej lekcji napisał na tablicy: „Hrabia” i powiedział: Tak od dziś proszę się do mnie zwracać. Potem wszedł na biurko i wypiął tyłek. „Widzicie tu dziurę?” – zapytał. „Nie” – sam odpowiedział. „Noszę te spodnie już 10 lat i się nie przetarły. Bo uszył je dobry krawiec. Tym krawcem był mój ojciec…" – opowiadał łysy jegomość.
- Miałem wtedy ze czternaście lat… Jechałem na rowerze… Na ławce siedział jakiś człowiek… „Dokąd jedziesz?” – zapytał. „Do Lutkawki. Znam tam księdza” – odpowiedziałem. „To twoja rodzina?” – spytał. „Nie” – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. „No to jedź” – powiedział. Odjechałem może ze dwadzieścia metrów i zaczepił mnie inny mężczyzna. „To twoja rodzina” – spytał pokazując siedzącego na ławce. „Nie” – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. „Rozmawiałeś z nim, to myślałem, że to twoja rodzina. A pożegnałeś się z nim” – spytał. „Nie” – odpowiedziałem. „To trzeba było się pożegnać” – powiedział. Zawróciłem do człowieka na ławce. „Zapomniałem się pożegnać – mówię. – Do widzenia”. „Do widzenia” – odpowiedział. To był przyszły premier, Józef Cyrankiewicz…
- Jak miałem dwadzieścia lat rozwoziliśmy szynki do sklepów… Jedną, taką z pół kilo, schowałem za pazuchę. I wzięli mnie na dwa tygodnie do więzienia. Trafiłem do zamku. Gdy wychodziłem strażnik powiedział: „Siedziałeś w tej samej celi, co Wiesław”. „Kto?” – zapytałem. "Towarzysz Wiesław, Gomółka…"
Antoni wrócił do budynku. W środku natknął się na krótko ostrzyżonego mężczyznę od kolacji.
- Przespałeś śniadanie – oznajmił mężczyzna. Było po śniadaniu. To więc Antoni już wiedział. Ale godziny nie był w stanie określić. Nawet w przybliżeniu. Nie znał harmonogramu dnia, ani pory posiłków.
- Śniadania mamy o ósmej, obiady o pierwszej, a kolacje o szóstej – powiedział mężczyzna, jakby wiedząc, nad czym zastanawia się Antoni. – Musisz jeść, jesteś osłabiony. Przywieźli cię tutaj półprzytomnego. Przyjdź na obiad o pierwszej.
Antoni skierował się z powrotem w stronę swojego pokoju. Przeszedł przez boczny korytarz, skręcił w prawo, minął łazienkę. Na samym końcu długiego korytarza zatrzymał się pod drzwiami.

***

W pokoju położył się na wznak na małym, niewygodnym łóżku i spróbował poukładać sobie wszystko w głowie. Do pełnej retrospekcji brakowało mu zdarzeń poprzedzających tułaczkę po mieście. Zamknął oczy. – Dzwonki, wszystko przez te cholerne dzwonki – chodziło mu po głowie. Co to miało oznaczać? Chyba sam tak powiedział, bo słowa zabrzmiały mu w uszach jego głosem. We śnie wreszcie znajdował się w swojej rzeczywistości. Ale, jeśli traktować jego wcześniejsze marzenia senne jako jakiś chronologiczny ciąg zdarzeń, nie wiedział, czy są to chwile przeżyte, czy chwile, które dopiero się wydarzą, czy sen jest reminiscencją z przeszłości, czy antycypacją przyszłości. Chodził w bokserkach po swoim mieszkaniu. Usiadł za biurkiem i popatrzył na pustą kartkę. Opadła go niemoc twórcza. Utknął w martwym punkcie, jeśli można tak mówić w sytuacji, gdy na pustej kartce nie widniała ani jedna linijka tekstu. Myślał, myślał i nic nie przychodziło mu do głowy. Z odrętwienia wyrwał go dzwonek do drzwi. Podszedł do wizjerka i ukradkowo wyjrzał na klatkę. Na zewnątrz stał jakiś mężczyzna w kurtce z postawionym kołnierzem. Pewnie akwizytor – pomyślał. Postanowił nie wpuszczać go do mieszkania. Wycofał się na palcach i znów usiadł przy biurku. Nic, pustka, kompletna pustka. Spróbował skonfabulować jakąś sytuację. Ponownie z zamyślenia wyrwał go dzwonek do drzwi. Podszedł do wizjerka i wyjrzał na klatkę. Tym razem pod drzwiami stało dwóch mężczyzn. Wyglądali mu na żebraków albo Jehowych. Nie, ci ostatni chodzą parami. A więc to na pewno żebracy, którzy przyszli „po złotówkę na bułkę”. Antoni machnął ręką i wrócił za biurko. Znów spróbował wymyślić jakąś fabułę. Kim mógłby być główny bohater? Może kaskaderem, a może internetowym surferem, hakerem… Nie, już wiedział, główny bohater będzie żebrakiem. Jehowi wesprą go datkiem i zaczną przekonywać do swojej wiary. Zaczęły rysować mu się w wyobraźni kolejne sceny fabuły, gdy z zamyślenia brutalnie wyrwał go dzwonek, tym razem telefonu. Antoni musiał wytężyć swoją wyobraźnię, bo tu nie miał takiego wizjerka z podglądem, przez który mógłby spojrzeć, kto się znajduje po drugiej stronie łączy. A kto tam mógł być? Kto ostatnio do mnie dzwonił? – próbował sobie przypomnieć. Pójdźmy tym tropem – postanowił. Ostatnio dzwonili do niego z elektrowni z nową ofertą i Antoni musiał zadecydować, czy chce przejść na bezpieczną, tańszą i wygodniejszą taryfę opłat. Telefonowali też z Ministerstwa Kultury i Sztuki z odpowiedzią na pismo Antoniego w sprawie podatku VAT od czasopism i książek, który bezwzględnie dusił wszystkich – wydawnictwa i klientów, powodując drastyczny spadek czytelnictwa w kraju. Obie te sprawy były już załatwione – pierwsza pozytywnie, bo Antoni zgodził się na nowe warunki umowy, druga odmownie. Ministerstwo argumentowało, że rośnie dziura budżetowa i rząd musi ją przecież jakoś załatać. O malejącym czytelnictwie nic nie wspomniano. Dzwonili do niego jeszcze z banku… W tym momencie włączyła się automatyczna sekretarka i telefon przemówił głosem matki:
- Cześć Antosiu, ciocia Gabrysia zaprasza nas na obiad. Jest pięćdziesiąta rocznica jej ślubu…
- Ale przecież wujek Tolek nie żyje! – wyrwało mu się.
- ...wiem, wiem, co chcesz powiedzieć – weszła mu w tok myśli matka – wujek Tolek nie żyje, ale ciocia Gabrysia co roku świętuje rocznice swojego ślubu. Żoną pozostaje się do końca życia, nawet po śmierci męża…
Antoni wzdrygnął się na samą myśl o wizycie u cioci Gabrysi. Powrócił do pisania, a raczej planowania pisania swojego opowiadania. Ledwie zdążył zebrać myśli, gdy rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi. Antoni podreptał do wizjerka. Przystawił oko do soczewki. Wyjrzał i spojrzał prosto w oczy sąsiadki, która usiłowała zajrzeć przez malutkie szkiełko powiększające do jego mieszkania. Odruchowo cofnął głowę. Chyba nic nie widziała – pocieszał się. Szkiełko od tamtej strony powinno przecież pomniejszać… Skradając się we własnym mieszkaniu niczym złodziej, skierował się w stronę swojego biurka, które wydało mu się azylem od horroru rzeczywistości, który właśnie rozgrywał się wokół niego. Dla odmiany odezwał się telefon. – Teraz to nawet nie mogę podnieść słuchawki – usprawiedliwiał się. Usłyszał głos recepcjonistki wydawnictwa, w którym Antoni miał złożyć opowiadanie: nienapisane!!! – przeraził się. – Redaktor naczelny niepokoi się, dlaczego nie daje pan znaku życia. Minął już termin oddawania do druku materiałów do kwartalnika. Redaktor prosi o szybki kontakt.
Zaliczkę Antoni dawno już przejadł, a opowiadania nie zaczął nawet pisać. – Dzwonki, wszystko przez te cholerne dzwonki…
Sąsiadka zaczęła dobijać się do drzwi, głośno pukając. Antoni wyjrzał przez okno. Na dole spostrzegł Damazego, Werę i Balbinę. – O Boże – przeraził się. – Dzisiaj mają czytać mi swoje wiersze, obiecałem im fachową recenzję… Był w potrzasku. Telefon milczał. Sąsiadka przestała pukać i Antoni jedynej szansy dla siebie upatrywał w ucieczce. W pośpiechu schwycił pustą kartkę, ołówek, portmonetkę, o dokumentach nawet już nie pomyślał. Na klatce schodowej usłyszał głos sąsiadki, która wyjaśniała komuś, że Antoni coś zobowiązał się zrobić. Ale co? – nie mógł sobie przypomnieć.
Rzucił się w stronę szybu windowego, sąsiadka usłyszała jego kroki i wyjrzała zza rogu. – Panie Antoni, panie Antoni! – zawołała. Wskoczył do windy i nacisnął przycisk parteru. Na dole omal nie wpadł na Damazego, Werę i Balbinę. – Antoś, Antoś! – usłyszał za plecami. Rzucił się pędem w nieznanym kierunku.
Ciocia Gabrysia, ministerstwo, sąsiadka, wydawnictwo, Damazy, ciocia Gabrysia… Ocknął się w nieznanych mu rewirach miasta. Grupka mężczyzn na rogu starej kamienicy wymieniała jakieś spostrzeżenia. Usłyszał przekleństwa. Skierował się w przeciwległym kierunku. Za rogiem ujrzał grupkę młodzieży, która słuchała głośnej muzyki z jakiegoś małego, kieszonkowego urządzenia. Antoni odbił w lewo. Poczuł gwałtowny przypływ zmęczenia. Ujrzał ławkę. Usiadł na niej ciężko. Miał zupełną pustkę w głowie. Dokąd mam teraz iść? Czy miałem coś załatwić? Położył się na ławce i usnął. Obudziło go uczucie niewygody. Przekręcił się na drugi bok, potem na wznak. Spojrzał w górę. Na sklepieniu zamiast chmur lub gwiazd zobaczył plamy i ślady po zabitych komarach i muchach. Usiadł, przetarł oczy, pomyślał, że pora wyjaśnić, gdzie się znajduje. Jak tu trafił, jeśli wierzyć snom, już ustalił.
Wyszedł na korytarz. Myślał, od czego ma zacząć śledztwo. Z pomocą przyszedł mu mały człowieczek.
- Szukasz Adama? – zainteresował się. Antoni zastanowił się, czy akurat szuka właśnie Adama.
- A kto to jest Adam? – spytał.
- Kto to jest Adam – zmarszczył czoło człowieczek. – Adam to… Adam. Jest. On będzie wiedział.
- Co?
- Wszystko.
- A gdzie jest Adam?
Człowieczek pokazał ręką. Antoni ruszył we wskazanym kierunku. Szedł wzdłuż korytarza z ciągiem pozamykanych drzwi, na których widniały numery. 11, 12, 13, 14 – mijał kolejne pokoje. Numeracja kończyła się na 15. Zatrzymał się, gdyż drogę zagrodziła mu ściana z dużymi, przeszklonymi drzwiami. Nacisnął na klamkę i drzwi otworzyły się bezgłośnie. Wszedł do małego pomieszczenia, które musiało być sienią, bo tym razem drogę zatarasowały mu ciężkie wrota, które zapewne stanowiły barierę chroniącą mieszkańców przed intruzami z zewnątrz. Nacisnął na mosiężną dźwignię i naparł na drzwi, które uchyliły się z chrzęstem. Znalazł się na zewnątrz. Budynek wyglądał solidnie. Zadarł głowę do góry i na szczycie stropu ujrzał szpicę zakończoną żelaznym krzyżem. Oglądał fasadę chyba niezbyt uważnie, bo dopiero po chwili zauważył szary napis na murze: „CASA DEL PADRE”, pod którym widniała mała inskrypcja: „Ospizio per i poveri e senzatetto” – odczytał. A więc jestem w „Domu Ojca” – tyle tylko zdążył przetłumaczyć, bo ktoś schwycił go za ramię. Odwrócił głowę. Przed sobą ujrzał wąsala, który mierzył go groźnym wzrokiem:
- Co tutaj robisz? – spytał Antoniego.
- Drzwi były otwarte, więc wyszedłem.
- Otwarte? – zdziwił się wąsal. – Pewnie dyżurny ich nie zamknął.
- Szukam Adama.
- Adama, po co ci Adam?
- Mały człowieczek z przestawionym trybem… to znaczy mężczyzna, którego spotkałem, powiedział, abym poszukał Adama.
- Adam to ja – oznajmił wąsal.
Antoni przypomniał sobie o odwszeniu i odpchleniu, których nie odbył… Czym prędzej zadał pytanie.
- Gdzie ja jestem?
- W hospicjum dla ubogich i bezdomnych. Przywieziono tu pana bez dokumentów, miał pan przy sobie tylko jakąś legitymację, jakiegoś towarzystwa pisarzy, poetów… czy coś…
- Długopis, papier… okulary i biurko… – przerwał bezpardonowo wąsalowi.
- Mamy tylko stoliki… – zameldował całkiem zdezorientowany wąsal.
Antoni uświadomił sobie, że powiela się sytuacja z poprzedniego dnia, tylko role się odwróciły. Teraz to on był zagajającym, a posępny wąsal słuchał go skonfundowany.
- Wracam do pokoju – oznajmił Antoni.
- Oczywiście… Ale będzie pan mieszkał w izolatce. Musi pan przejść kwarantannę.
Kwarantannę, po czym? – chciał zapytać, ale nagle zapragnął wrócić do siebie i pobyć w samotności. Skierował się do swojego pokoju. Pomieszczenie wydało mu się nad wyraz przytulne. Usiadł przy swoim stoliku, który na razie musiał pełnić funkcję biurka. Położył przed sobą pomiętą kartkę i ołówek, które znalazł w kieszeni także pomiętych spodni. Chyba dla potrzeb literatury mogę posłużyć za bohatera – zastanowił się. Podwinął rękawy i zapisał pierwszą linijkę opowiadania:
„Pisarz-poeta Antoni Bryg-Włoszczyński znalazł się w przedziwnym, tajemniczym miejscu”.
Zastanowił się nad zakończeniem opowiadania. Zapisał:
„Antoni Bryg-Włoszczyński postanowił pozostać tu na zawsze, incognito…”

 

Przewiń do góry